smutna kobieta
Długo dojrzewała we mnie myśl czy podzielić się ze światem tą historią i chyba jestem już na to gotowa. Szczególnie, że ten rok był trudny dla większości z nas, a tak się też złożyło, że w gronie moich znajomych wiele osób borykało się z najtrudniejszą rzeczą na świecie – ze stratą. 

W otoczeniu zazwyczaj odbierana jestem jako osoba uśmiechnięta i silna. Często spotykam się ze zdaniem, że jestem odważna, wszystko robię sama i na pewno ze wszystkim sobie radzę, ale to nie prawda… przynajmniej wtedy tak nie było.

Był poniedziałek, godzina 8:30. Zbierałam się właśnie do wyjścia, byłam rozdrażniona i spieszyłem się do kancelarii, kiedy zadzwoniła mama. Naburmuszona z wyrzutami zapytałam co chce bo nie mam teraz czasu. Powiedziała : „babcia nie żyje, lekarz zadzwonił w środku nocy, ale nie chciałam Cię budzić, przecież to i tak nic by nie zmieniło…” Telefon wypadł mi z ręki i w tej samej chwili pękło mi serce. Szok, bo babcia na nic nie chorowała, a do szpitala poszłyśmy sprawdzić tylko czy nie ma przypadkiem powikłań po zapaleniu płuc.

Zadzwoniłam do pracy, powiedziałam, że nie przyjdę. W tym samym dniu zaczęłam załatwiać wszystkie formalności związane z pogrzebem. To poczucie „misji” i myśl, że przecież muszę się wszystkim zająć, uratowała mnie w pierwszych dniach.  Wieczorem podjechałam do kancelarii i złożyłam wypowiedzenie. 

Jednego dnia straciłam babcię i pracę. Wszystko co znałam, co dawało mi poczucie bezpieczeństwa zawaliło się w jednym momencie.  

Później było już tylko gorzej. Dwa tygodnie później skończył się też mój kilku letni związek, z człowiekiem, który dwa tygodnie po śmierci mojej babci, zdradził mnie w moim mieszaniu pod moją nieobecność. Bez skrupułów spakowałam jego rzeczy i usunęłam z mojego życia. Wtedy uczucie związane ze zdradą było niczym w porównaniu do wcześniejszego poczucia straty.

Babcia trafiła do szpitala tydzień przed śmiercią. W niedzielę nie mogłam jej odwiedzić bo bardzo źle się czułam. Obiecałam, że w poniedziałek od razu po pracy będę! Jak to zwykle przy poniedziałku, musiałam zostać chwile dłużej w kancelarii. Potem uciekł mi autobus. Dobiegłam do szpitala,ale okazało się , że babcię przenieśli na inny oddział. W końcu dowiedziałam się, gdzie ją znajdę i kiedy dotarłam windą na odpowiednie piętro i otworzyły się drzwiami windy, na przeciwko,właśnie zamknęły się drzwi z bloku operacyjnego… babcię zabrano właśnie na operację, a nam nie było dane już się zobaczyć. 

Wiecie co dzieje się z osobą, której pęka serce?

Zupełnie nic. Takiego cierpienia, które nosi się w sobie, nie da się opisać. Ten ból wypełnia każdą komórkę ciała i ma się poczucie, że nigdy nie ustąpi. Szczególnie, jeśli towarzyszy temu poczucie winy, że nie zrobiło się więcej. 

Większość czasu spędzałam w łóżku, beznamiętnie wpatrując się w ściany. Czasami wstawałam żeby się napić, wziąć prysznic. Z jedzeniem bywało różnie.Każda z tych czynności nie miała jednak najmniejszego sensu. Przez dłuższy czas czułam tylko pustkę, uleciała chęć życia i ogarniała mnie obojętność. Łzy leciały mi same.  Wydawało mi się wtedy, że to nigdy się nie skończy, że nigdy nie będzie już lepiej. 

Mam dla Was jednak dobrą radę! Jeśli chcecie kogoś wesprzeć, nigdy nie mówcie : „Takie jest życie, nie tylko Ciebie to spotkało” – to NAJGORSZE CO MOŻNA ZROBIĆ i nie pomaga. Można co najwyżej takie teksty wsadzić sobie głęboko w dupę.

notatnik i kawa

Kiedy przyszedł trochę „lepszy dzień”, postanowiłam napisać list. List do siebie z przyszłości, na którym napisałam:NIE OTWIERAĆ PRZED 24.12.2019r. Ten dzień już dawno minął, a ja jeszcze go nie otworzyłam. Nie mam pojęcia co znajdę w środku, co myślałam, ani jakie były moje marzenia. Wiem za to, że wtedy przelanie na papier wszystkiego co czułam, bardzo mi pomogło. Była to jedyna rzecz, która dała mi nadzieję i pozwoliła iść dalej. 

Ostatnio natknęłam się nawet na stronę, za pośrednictwem której, każdy może wysłać list do siebie z przeszłości! Właściwie maila, który wróci do Was za rok, pięć, czy dziesięć lat ( wedle Waszej decyzji). Jeśli jesteś w trudnym momencie swojego życia, nie wiesz co dalej robić, jak poradzić sobie ze stratą, z rozstaniem. Spróbuj napisać do siebie list. Może otworzy Ci zupełnie nowe drogi, albo tak jak mnie, pomoże zamknąć pewien rozdział.

Każdy sam musi przepracować sytuacje, które go dotknęły i poradzić sobie z emocjami, które nimi targają. Nie jest to łatwe. Ja dopiero teraz jestem gotowa otworzyć list, pogodzić się z tym, że jej już nie ma. 

Tylko czas leczy rany. Kiedy minie etap gniewu, buntu, rozpaczy, nadchodzi moment, w którym można z czystym sercem i duszą powiedzieć „pozwalam Ci odejść”, „puszczam Cię wolno” i dla mnie ten moment właśnie nadszedł. 

 

Share: