11 marca Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła stan pandemii, a nasza rodzina, jak większość rodzin w Polsce i na całym świecie, rozpoczęła społeczną izolację, aby pomóc w powstrzymaniu rozpowszechniania się COVID-19. Wtedy jeszcze nikt z nas nie wiedział jaki wpływ to wydarzenie będzie miało na nasze dalsze życie…

K

iedy rok 2019 dobiegał końca odetchnęłam z ulgą. Szczerze – byłam na skraju wyczerpania, bo to co fundował mi ubiegły rok sprawiło, że czułam totalną niemoc, mimo ogromnego wsparcia jakie miałam w Łukaszu. Pierwszy raz od śmierci najważniejszej osoby w moim życiu czułam, jakbym stanęła w betonowych bucikach na środku pustyni, nie mając pojęcia, w którą stronę iść. Byłam pewna, że nie może być gorzej. Bardzo szybko okazało się jak bardzo się myliłam…

Przyznam, że początkowo byłam sceptycznie nastawiona do izolacji. Należałam raczej do grupy osób, która puentowała wszystko tekstem: „na grypę też umierają ludzie”. Kiedy dowiedziałam się, że zamykają przedszkola pomyślałam O PANIE! DWA TYGODNIE? Wiedziałam, że dwa tygodnie w domu z dzieckiem 24/7 to nie lada wyzwanie. Szczególnie kiedy dochodzi do tego próba pogodzenia opieki nad dzieckiem z pracą.

Kiedy na facebooku zobaczyłam post mojej koleżanki ze studiów, że jest zakażona – dotarło do mnie, że to dzieje się naprawdę i może dotknąć każdego z nas.

P

andemia jednak nie jest taka jaką sobie ją wyobrażałam. Jest chyba bardziej… zwyczajna. Przynajmniej dla nas – siedzących w domu. Bo kto w tych czasach pozwoliłby sobie na taki luksus ? Dwa tygodnie z rodziną, czas na rozwijanie pasji, na ciepłą kawę, spacer ( przynajmniej w pierwszych dniach). Nie spodziewałam się, że będę wstawała o 10:00 i wysprzątam całe mieszkanie na błysk. Moją codziennością było zastanawianie się w co będziemy dziś bawić się z Lilką? Jednak coś z tyłu głowy nie pozwalało i nadal nie pozwala mi się tym cieszyć. Naprzemiennie radość miesza się z lękiem o bliskich, o naszą przyszłość, o życie innych…

Bo kiedy my zastanawiamy się co dziś ugotować, jaki serial zobaczyć – miliony ludzi w naszym kraju codziennie wstają i idą do pracy. Ta prosta czynność, w dzisiejszych czasach oznacza dosłownie ryzykowanie życia. Tysiące ludzi wciąż dostarcza towary do sklepów, obsługuje codziennie setki ludzi w supermarketach, ratuje życie innych. Robią to, tylko po to, by zapewnić nam bezpieczeństwo.

Pustki na ulicach wskazują na to, że chyba dotarło do nas wszystkich jak poważna jest sytuacja. Staram się zachować umiar w obserwowaniu mediów. Włączam telewizor jedynie rano, żeby zobaczyć statystyki zakażonych. Jednak coraz częściej zamiast tego przewija się nieustanna batalia dotycząca wyborów, które wydają się nie mieć żadnego znaczenia w kontekście zaistniałych okoliczności.

Zaraz wszyscy zaczniemy tęsknić za wiosną, może za latem…

Nie mam domu z wielkim ogrodem, ani nawet balkonu. Kiedy przychodzi ciepły dzień, a promienie słońca wpadają do salonu, odruchowo mówię: „może gdzieś pojedziemy?” i po chwili uświadamiam sobie, że jesteśmy ograniczeni. Że sama możliwość wyjścia na spacer, której powiedzmy sobie szczerze, większość z nas nie doceniała przez nawał pracy i spraw życia codziennego – została nam odebrana. Czasami czuję taką niemoc i mam ochotę krzyczeć jaka niesprawiedliwość nas spotkała, ale wtedy jak obuchem w głowę – dochodzą do mnie informacji o śmierci 12-letniej dziewczynki, która zmarła na koronawirusa, mimo braku chorób towarzyszących. Dociera do mnie, że nie mamy wyjścia, a jednocześnie jak wielkie mamy szczęście.

Niestety nie wszyscy mają tyle szczęścia.

W

głowie mam milion myśli na minutę, straciłam apetyt i coraz częściej dopada mnie bezsenność. Przeraża mnie to, że ludzie przestali mówić sobie dzień dobry i mijając się ze spuszczonym wzrokiem.
Godzinami myślę o moim bracie, który mieszka w Londynie, gdzie stan zagrożenia koronawirusem jest o wiele wyższy, niż w Polsce. O tym, że zbliżające się Święta spędzi sam, albo bardziej o tym, że to ja spędzę te Święta bez niego.Myślę o mojej przyjaciółce mieszkającej we Włoszech, która w styczniu urodziła córeczkę i musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości w kraju, gdzie sytuacja jest dramatyczna, a liczba zgonów sięgnęła już 16 tys. Myślę o ofiarach przemocy domowej, które zostały zamknięte ze swoim oprawcą, a ich szanse na szukanie pomocy zostały znacznie ograniczone. Myślę też o naszej szkole tańca, w którą włożyliśmy mnóstwo serca i pracy, a której z powodu pandemii, nie mamy szans utrzymać.

Z natury jestem optymistką i ciężko mnie złamać. Z każdej sytuacji staram się wyciągnąć lekcję. Jednak to co wydarzyło się w ostatnim czasie zaskoczyło nas wszystkich. Chociaż jestem ogromnie wdzięczna, że mogę zostać w domu z rodziną, podczas gdy miliony ludzi nie mają takiego przywileju, to jednak czuję też wielką frustrację. To, że czuję się bezpieczna i popieram izolację społeczeństwa, nie zmienia faktu, że na myśl o kolejnym dniu chce mi się płakać i czuję niemoc.

T

o, że inni mają gorszą sytuację od naszej, nie oznacza, że nie mamy prawa się bać. Dla każdego z nas wydarzenia ostatnich dni są koszmarem, którego nikt jeszcze kilka tygodni temu nawet sobie nie wyobrażał. Nadal wstajemy rano i wykonujemy te same czynności, co wcześniej: sprzątamy, gotujemy, staramy się pracować w trybie home office… a jednak wszystko się zmieniło i gdy to się skończy, nikt z nas nie będzie już taki sam.

Bądź wsparciem dla innych.

#zostańwdomu

Share: